Wojna
Kombinezon bojowy jest śmiertelnym zagrożeniem. Jednocześnie ratuje życie. Emon zakłada go w przeświadczeniu, że rzuca właśnie bardzo wysoko monetą. Rzut trwa całą akcję. Rezultat pozna na koniec. Przeżyje czy nie. Wszystko się okaże.
Zakłada pierwszą nogawkę, stalową z przegubami wykończonymi kongijskim kauczukiem. Następnie wciąga drugą. Potem przykłada przód pancerza, musi skorzystać z pomocy, aby dopiąć i dokręcić go z tylnym pancerzem. Tam znajdzie się siedemdziesiąt osiem milimetrów zniszczenia. Wszystko jest z kuryllium, aliażu miedzi i berylu. Skorupa jest wytrzymała, sprężysta oraz pojemna cieplnie. Doskonała na pociski rtęciowe. Idealna na wystrzały kadmowe.
Emon zakłada wreszcie rękawice. Są ciężkie, mają wspomaganie elektryczne. Wszystko to wieńczy hełm, zakładany na wychodzący z korpusu kauczukowy kołnierz. Aż dziw, że można w tym oddychać, jak zauważył niegdyś generał Haek. Emon nie miał klaustrofobicznych fobii, ogłuszony kadziną, oraz nafaszerowany pseudoefedryną stał się narzędziem do zabijania.
Do kompletu jest jeszcze sztachaniec, metalowy trzpień, który wkłada się między płyty torsu, w zagłębienie, które zbiera cały ciężar i odrzut wystrzału. Jeśli źle zostałby włożony, wystrzał wgniótłby człowieka- wyrzutnię w ziemię.
-Wymarsz za godzinę!- ryczy pułkownik.- Złóżcie i rozłóżcie się do pozycji!
Na te słowa szereg równo rozstawionych ludzi w kombinezonach przyjęło pozycję jak do wystrzału. Szatachańce weszły w ziemię. Nogi lekko przyklęknęły, co pozwoliło zajść na siebie warstwom stali, aby uchronić kolana i stopy przed zdruzgotaniem. Człowiek w tym kombinezonie był jakby duszą. Wygnać ją łatwo, gdy niewłaściwie się ułoży. Ale trudno pokonać, gdy przyjmie miejsce dogodne. Pozycje przyjmowali raz za razem, składając się jak do modlitwy. Te ćwiczenia były konieczne, by na polu bitwy, właściwie się rozstawiwszy, nie pokonać siebie samego przez błąd. Bo takiego pancerza przeciwnik nie przebije. Powolne, nieustępliwe, oddziały mobilnych wyrzutni, niszczyły wszystko na swojej drodze. Ale powolność dawała atakowanym nadzieję. Ludzkie wyrzutnie są jak zmiany geologiczne- nie do zatrzymania. Jeśli coś takiego stąpa, wiadomo, że nikt nie będzie wchodził temu w drogę.
-Do szeregu!- komenda rozległa się na placu.- Wymarsz!
Maszynowe dusze ruszyły.
Uroczysty obiad. Dom, który wydaje takie przyjęcia może się cieszyć opinią statecznego. Jest przy stole nakryć dwanaście. Dzieci się nie liczy. One zawsze są wokół. Emon siada naprzeciw Desdemony. To piękna dziewczyna. Oczy perlą się skrzyście. Emon spogląda częściej na talerz niż na towarzyszkę.
-Kochani- zaczyna pan domu- jesteśmy tutaj w celu kultywowania tradycji. Co jest większego dla potężnych Wachów, niż trwanie w uwielbianiu przodków? Wspomnijmy urodziny każdego z nas!- Pan domu wznosi kielich napełniony rosaczą, odmianą wina aroniowego.
Emon rozmyśla. Po co są takie spotkania? Aby określić swoją pozycję? Aby jak na apelu kolejno odliczyć? Wszystko przesiąknięte konfliktem. Nawet jeśli się zaneguje wojnę, wojna cię odnajdzie. Wszystko zaraz będzie liczone w pułkach, w stanie gotowości. Wszystko przeliczą na zdolność bojową.
-No, proszę wszystkich o powstanie!- wytrąca go z myśli komenda generała. A jednak wojna zawsze cię znajdzie.- Unieśmy trunek, jak w geście zwycięstwa! Czyż jest coś piękniejszego?
Wszyscy biesiadnicy wznoszą kielichy. Emon i Desdemona przez chwilę łapią się wzrokiem. Chłopak spuszcza wzrok. Desdemona spogląda na Ramona, brata ciotecznego Emona. Wszyscy już wypili cierpkie wino. Ponownie zasiadają do stołu.
-Polewamy zupę.- Radośnie obwieszcza pani domu.- Najlepsza kurówka! Tłusta.- Między gośćmi wędrują talerze. Brzęk naczyń i częste: dziękuję, przepraszam.
-Czy podasz mi talerz?- pyta Desdemona.
Emon, otumaniony, odpowiada z opóźnieniem, w które wbija się Ramon.
-Oczywiście!- odpowiadają obaj, ale to Ramon podaje pierwszy talerz.
Desdemona z gracją osoby obeznanej uzupełnia łyżką wazową talerz.
-Och!- Wyrywa się z jej piersi.- Niestety, zabrakło.- Uśmiecha się szeroko.
-Nie szkodzi- mówi pani domu- zaraz będzie dokładka!
Desdemona podaje talerz Ramonowi, Emonowi poświęca jedynie przelotne spojrzenie. Chłopak czerwieni się, znów spuszcza wzrok.
Kroczenie armii wywołuje wibrowanie ziemi. Dogłębne, docierające aż do jądra. Przenosi się na dziesiątki kilometrów obwieszczając nadciągającą zagładę. Miarowe ciężkie kroki ludzkich wyrzutni dudnią, powietrze jest naelektryzowane. Jak przed potężną burzą, wyczuwa się niepokój. Ptaki milkną. Słońce strachliwie chowa się za chmurami. Miasto daleko w oddali zamiera.
-Zniszczenie Ob będzie sygnałem.- Mówi generał.
-Sygnałem, którego nie sposób zignorować.- Dodaje porucznik.
-Następnie kierujemy się na rzekę Degorię, nasz pułk saperów zbuduje przeprawę.- Pochylony nad mapą generał wskazuje na kwadrat symbolizujący wspomnianą jednostkę.- Lekkie odziały oskrzydlają marsz wyrzutni.
-Kapitan Ter i lotny oddział są już na pozycjach- mówi porucznik.
-Doskonale. Inwazja na Sekorię nie powinna zająć nam więcej niż dwa tygodnie.- Generał odrywa wzrok od mapy. Spogląda na dolinę z której wychodzą oddziały wyrzutni. Gdy tylko zbliżą się na dwa kilometry do Ob rozpoczną ostrzał. Ostrzał, który wypowie wojnę. Ostrzał, który rozpocznie upadek Sekorii. Niebo zasnuje dym. Zawęzi perspektywę. Będzie jedynie sprawa przegranych i spraw wygranych. Bez światłocienia. Ktoś kto wypowiada wojnę wystrzałem, jest pewny jedynie wystrzału. I tylko w ten wystrzał będzie wierzył.
Zakłada pierwszą nogawkę, stalową z przegubami wykończonymi kongijskim kauczukiem. Następnie wciąga drugą. Potem przykłada przód pancerza, musi skorzystać z pomocy, aby dopiąć i dokręcić go z tylnym pancerzem. Tam znajdzie się siedemdziesiąt osiem milimetrów zniszczenia. Wszystko jest z kuryllium, aliażu miedzi i berylu. Skorupa jest wytrzymała, sprężysta oraz pojemna cieplnie. Doskonała na pociski rtęciowe. Idealna na wystrzały kadmowe.
Emon zakłada wreszcie rękawice. Są ciężkie, mają wspomaganie elektryczne. Wszystko to wieńczy hełm, zakładany na wychodzący z korpusu kauczukowy kołnierz. Aż dziw, że można w tym oddychać, jak zauważył niegdyś generał Haek. Emon nie miał klaustrofobicznych fobii, ogłuszony kadziną, oraz nafaszerowany pseudoefedryną stał się narzędziem do zabijania.
Do kompletu jest jeszcze sztachaniec, metalowy trzpień, który wkłada się między płyty torsu, w zagłębienie, które zbiera cały ciężar i odrzut wystrzału. Jeśli źle zostałby włożony, wystrzał wgniótłby człowieka- wyrzutnię w ziemię.
-Wymarsz za godzinę!- ryczy pułkownik.- Złóżcie i rozłóżcie się do pozycji!
Na te słowa szereg równo rozstawionych ludzi w kombinezonach przyjęło pozycję jak do wystrzału. Szatachańce weszły w ziemię. Nogi lekko przyklęknęły, co pozwoliło zajść na siebie warstwom stali, aby uchronić kolana i stopy przed zdruzgotaniem. Człowiek w tym kombinezonie był jakby duszą. Wygnać ją łatwo, gdy niewłaściwie się ułoży. Ale trudno pokonać, gdy przyjmie miejsce dogodne. Pozycje przyjmowali raz za razem, składając się jak do modlitwy. Te ćwiczenia były konieczne, by na polu bitwy, właściwie się rozstawiwszy, nie pokonać siebie samego przez błąd. Bo takiego pancerza przeciwnik nie przebije. Powolne, nieustępliwe, oddziały mobilnych wyrzutni, niszczyły wszystko na swojej drodze. Ale powolność dawała atakowanym nadzieję. Ludzkie wyrzutnie są jak zmiany geologiczne- nie do zatrzymania. Jeśli coś takiego stąpa, wiadomo, że nikt nie będzie wchodził temu w drogę.
-Do szeregu!- komenda rozległa się na placu.- Wymarsz!
Maszynowe dusze ruszyły.
***
Uroczysty obiad. Dom, który wydaje takie przyjęcia może się cieszyć opinią statecznego. Jest przy stole nakryć dwanaście. Dzieci się nie liczy. One zawsze są wokół. Emon siada naprzeciw Desdemony. To piękna dziewczyna. Oczy perlą się skrzyście. Emon spogląda częściej na talerz niż na towarzyszkę.
-Kochani- zaczyna pan domu- jesteśmy tutaj w celu kultywowania tradycji. Co jest większego dla potężnych Wachów, niż trwanie w uwielbianiu przodków? Wspomnijmy urodziny każdego z nas!- Pan domu wznosi kielich napełniony rosaczą, odmianą wina aroniowego.
Emon rozmyśla. Po co są takie spotkania? Aby określić swoją pozycję? Aby jak na apelu kolejno odliczyć? Wszystko przesiąknięte konfliktem. Nawet jeśli się zaneguje wojnę, wojna cię odnajdzie. Wszystko zaraz będzie liczone w pułkach, w stanie gotowości. Wszystko przeliczą na zdolność bojową.
-No, proszę wszystkich o powstanie!- wytrąca go z myśli komenda generała. A jednak wojna zawsze cię znajdzie.- Unieśmy trunek, jak w geście zwycięstwa! Czyż jest coś piękniejszego?
Wszyscy biesiadnicy wznoszą kielichy. Emon i Desdemona przez chwilę łapią się wzrokiem. Chłopak spuszcza wzrok. Desdemona spogląda na Ramona, brata ciotecznego Emona. Wszyscy już wypili cierpkie wino. Ponownie zasiadają do stołu.
-Polewamy zupę.- Radośnie obwieszcza pani domu.- Najlepsza kurówka! Tłusta.- Między gośćmi wędrują talerze. Brzęk naczyń i częste: dziękuję, przepraszam.
-Czy podasz mi talerz?- pyta Desdemona.
Emon, otumaniony, odpowiada z opóźnieniem, w które wbija się Ramon.
-Oczywiście!- odpowiadają obaj, ale to Ramon podaje pierwszy talerz.
Desdemona z gracją osoby obeznanej uzupełnia łyżką wazową talerz.
-Och!- Wyrywa się z jej piersi.- Niestety, zabrakło.- Uśmiecha się szeroko.
-Nie szkodzi- mówi pani domu- zaraz będzie dokładka!
Desdemona podaje talerz Ramonowi, Emonowi poświęca jedynie przelotne spojrzenie. Chłopak czerwieni się, znów spuszcza wzrok.
***
Kroczenie armii wywołuje wibrowanie ziemi. Dogłębne, docierające aż do jądra. Przenosi się na dziesiątki kilometrów obwieszczając nadciągającą zagładę. Miarowe ciężkie kroki ludzkich wyrzutni dudnią, powietrze jest naelektryzowane. Jak przed potężną burzą, wyczuwa się niepokój. Ptaki milkną. Słońce strachliwie chowa się za chmurami. Miasto daleko w oddali zamiera.
-Zniszczenie Ob będzie sygnałem.- Mówi generał.
-Sygnałem, którego nie sposób zignorować.- Dodaje porucznik.
-Następnie kierujemy się na rzekę Degorię, nasz pułk saperów zbuduje przeprawę.- Pochylony nad mapą generał wskazuje na kwadrat symbolizujący wspomnianą jednostkę.- Lekkie odziały oskrzydlają marsz wyrzutni.
-Kapitan Ter i lotny oddział są już na pozycjach- mówi porucznik.
-Doskonale. Inwazja na Sekorię nie powinna zająć nam więcej niż dwa tygodnie.- Generał odrywa wzrok od mapy. Spogląda na dolinę z której wychodzą oddziały wyrzutni. Gdy tylko zbliżą się na dwa kilometry do Ob rozpoczną ostrzał. Ostrzał, który wypowie wojnę. Ostrzał, który rozpocznie upadek Sekorii. Niebo zasnuje dym. Zawęzi perspektywę. Będzie jedynie sprawa przegranych i spraw wygranych. Bez światłocienia. Ktoś kto wypowiada wojnę wystrzałem, jest pewny jedynie wystrzału. I tylko w ten wystrzał będzie wierzył.
Komentarze
Prześlij komentarz