Odrzucenie


Robert zdecydował. Trevor zarzucił mi egoizm zupełnie niesłusznie, pomyślał. Przecież studiowanie astroinżynierii było motywowane tym, aby Słońce przywrócić Ziemi! A teraz dowiaduję się, że jestem tu niby tylko dla siebie? A może wreszcie powinienem być dla siebie?! Wreszcie dla siebie! Dość tego przygasającego świata! Z każdą kolejną myślą wzrastało wzburzenie inżyniera. Skończył przebieranie i skierował się do hangaru. Gdy zmierzał do transportowca, zaczepił go Trevor.

-Do stacji centralnej?- Brygadzista zapytał zdawkowo.

-Nawet dalej.- Odrzekł pusto Robert.

-Czyli?

-Zostawiam Was.

-Jasne. Rozumiem.- Trevor kiwnął głową.- Nasza sprawa. Leć sobie.

Inżynier nawet nie skomentował. Spojrzał na brygadzistę, odwrócił się i wszedł do statku.

Ze stacji centralnej można będzie dostać się na Marsa, pomyślał Robert wygodnie sadowiąc się w fotelu. Zasymuluję tylko chorobę pomagnetyczną, słoneczne obrzęki, cokolwiek, a będę daleko od tego wszystkiego. Nawet nie interesuje mnie śledzenie przebiegu akcji. Nie chcę się mieszać. Moim celem jest ucieczka z tego Układu. Teraz na Marsa. A stamtąd do Układu Alpha Centauri! Inżynier był zadowolony z siebie. Bardzo szybko zdecydował, że to jest jego najlepszy plan.

Robert na stacji centralnej wysiadł w głębokim przekonaniu, że wreszcie robi coś dla siebie, że zostawiając Słońce i Ziemię odszuka w nowym układzie jasność, której szuka. Skierował się do biura podawczego i zawnioskował o urlop na Marsie. Zgodę udzielono bardzo szybko, gdyż wskazał na podaniu wszystkie możliwe objawy choroby posłonecznej. Kwestionowanie tych podań było mało sensowne zważywszy, że urlopy zdrowotne były niedużym obciążeniem dla firmy, a chętnych do pracy w kopalniach nie brakowało.

-Może odlecieć Pan za osiem godzin. Mamy jeszcze miejsce na pokładzie.- Poinformowała go maszyna przyjmująca automatycznie zlecenia.

Robert z zadowoleniem pokiwał głową i wyraził wszystkie możliwe zgody. Na sam koniec zatwierdził całą decyzję jednym odciskiem palca.

Skierował się do swojego pokoju. Położył się na łóżku i z ogromnym uczuciem lekkości szybko zasnął. Wstał wypoczęty po sześciu godzinach. Spakował się pobieżnie, zupełnie nie przejmując się ogólnym nieporządkiem, który zostawia. Zjadł śniadanie i poprosił o dokładkę. Czuł się świetnie z decyzją o wyjeździe. Wciąż rozmyślał, że to całe Słońce, kopalnia i Ziemia były mu ciężarem, a on uratował się tą podróżą na Marsa. Z błogiego stanu wyrwało go powiadomienie, że za pół godziny z doku pierwszego startuje jego prom. Wstał, uśmiechnął się i ruszył do statku.

Wsiadł do transportera jako ostatni. Z ogromnym uczuciem ulgi obserwował zamykające się za nim drzwi. Niech robią, co uważają za stosowne, pomyślał. Ja będę daleko od tego. Będę rozpoczynał nowe życie. Te przyjemne myśli uśpiły Roberta. Jego głowa zatonęła w wygodnym fotelu, a ciało wreszcie się rozluźniło.

Gdy inżynier dotarł na Marsa, usłyszał wiadomość, że na Ziemi po dwudziestu dwóch latach zaświeciło Słońce. Dodano, że spowodowała to awaria w kopalni Alpha. Poinformowano także, iż wszystkie kopalnie w okolicach Słońca, wraz z stacją centralną, mają status zaginionych i stracono z nimi łączność.

Wszystkie osoby w hali przylotów wpatrywały się w ekrany informacyjne. Wszystkie poza jedną. Robert nie był zainteresowany szczegółami. Nie był także zainteresowany rozbłyskiem Słońca. I nową sytuacją na Ziemi. On już wcześniej zdecydował. Szukam innej gwiazdy, pomyślał. Szukam światła, które nie gaśnie, o które nie trzeba walczyć. Prowadzony takimi myślami udał się do hali odlotów, w poszukiwaniu statku, który zabierze go daleko od Układu Słonecznego.

Komentarze

Popularne posty