Skład tanich książek
Wszedłem do jednego ze składzików taniej literatury. Był zawalony książkami. Zza nich ledwo dostrzegało się zarysy półek. Stoły pośrodku sklepu były zabudowane stosami pozycji mniejszych lub większych. Znajdowały się tu literatury wszelakiego rodzaju. Była ta popularnonaukowa, ta ezoteryczna, znalazłoby się z pewnością też coś o antyliteraturze. Były autobiografie, które nadużywają liter. Zaraz obok były historyczne książki, bo widać z legend do przeszłych zdarzeń nie jest daleko.
Polityka i analizy współczesności też miały swój dział, zaraz obok literatury dziecięcej. Te książki z kolei wydawać by się mogły najmniej warte uwagi, gdyby nie to, że jedyne miały choć trochę sensu. I jedyne zawierały coś z czym zgodzi się każdy. Zaraz dalej napotkałem literaturę, tę piękną i tę realną. Zajmowały osobne, ale bliskie sobie półki. Objąłem je jednym spojrzeniem. Tanio. Że tanio informowały nalepki z tyłu książek. Niebawem same nalepki zyskają większą wartość niż to na co są nalepiane. Widać bowiem przebitki.
Pierwsza cena (archeologia okazuje się nauką pomocniczą nawet w ekonomii) z dnia premiery to marzenie i widoczne przeszacowanie. Ktoś mógłby bronić, że przecież to tyle stron, jaki jeszcze papier, i okładka twarda! Druga cena jest rozsądniejsza i można by ją zapłacić, by uzyskać dostęp do treści. Trzecia, skromna, licząca chyba jedynie na niewielki zarobek, bo i tak sztuki zalegają na półkach. Czwarta, to już prośba, litościwy pakt o nieagresji, zakończmy ten interes, pozostańmy tam gdzie byliśmy, zdaje się mówić. Piąta, to błaganie, by wraz z książką szlag nie trafił mieszkania, samochodu (roweru) i nadziei, że jeszcze warto pisać. Aż wreszcie ta szósta, co ją bez zdrapywań oglądam. Cena jak za sam papier. Cena jakby litery były gratis. Cena, jakby treść i czytanie samo, które przecież wymaga treści, było twoim ryzykiem, twoją podróżą i twoim zbytecznym angażem. Skoro mnie przykleiliście do tego, woła jaskrawym kolorem nalepka, to uczciwie proszę o rozwagę, jestem przecież żeby ostrzegać, nie informować!
Czy tak wygląda kostnica? Czy może tani dom pogrzebowy, gdzie schodzą się wariaci, którzy wybierają ciało i decydują się, że u mnie na półce też może sobie poleżeć? Zbierający zwłoki dostaną za swą usługę choć wdzięczność w niebiosach, że ratują społeczność przed zarazą. Co dostaniemy my? Czy tylko tę nauczkę, że błąkając się po kostnicach, przesiąknie się trupim odorem? Że stanie się bladym i obłąkanym? Że w martwych ciałach zapragnie się dostrzegać jeszcze tlące się życia? Czy skupując to, co już nie żyje, można umrzeć wraz z tym? Odkleić się od życia?
W składziku nawet okna zastawiane są coraz to wyżej pnącymi się wieżami z książek szeregowanymi bez ładu i składu. Ustawianymi na chwilę, gdyż jeśli nikt już zwłok za bezcen nie zechce, to należy odesłać je do zbiorowej mogiły, gdzieś na zapleczu starego domu towarowego, który obecnie jest zbiorem makulatury. Z ciał literatur nieuratowanych i niepochowanych na uświęconej ziemi zrobi się informacje jutrzejszą, która choć przez chwilę uzyska cenę godną papieru i liter, cenę dziennika, tygodnika, kolorowego zwiastuna nieuchronnej teraźniejszości. Więc jeśli wyjdę, skażę na przemiał tyle opowieści i opowiadań, że wystarczy ich na każdą przyszłą historię.
Tak wiele mam w głowie przy przekraczaniu progu składziku taniej literatury. Dlatego trwam w jej środku, licząc na jakieś zwłoki, które mnie przekonają, że szkoda je zostawić. Że nie mogą przecież być tak mało warte, żebym ich nie mógł kupić. Sam przecież nie mam zasobów, które godnie uhonorowałyby książki. Trupiarze są kolekcjonerami niezrealizowanego jutra. I niezrealizowanego wczoraj. Piszemy przecież podobne historie. Ale wstrzymujemy się z ich ogłaszaniem. Żyjemy w biedzie, opływając dostatkiem. Wierzymy, że opowieści, które nosimy w sobie, im dłużej wstrzymywane, tym bardziej będą upragnione. Bo odwiedzając kostnice, doglądamy ciała przedwcześnie zmarłych nadziei. Dlatego trzymamy nasze. Dlatego wierzymy w jutro. Dlatego nie chcemy wydać ich na ten los.
I zupełnie przypadkiem dostrzegamy jednym okiem, jak rozpakowywane nowe książki, prosto z drukarni mają przebijaną cenę pierwszą bądź już drugą naklejką. Cały proces zaczyna się od nowa. Kostnica ma dopływ świeżych ciał, świeżych nadziei. Zapewne także jak naszych, trzymanych i wypuszczanych wtedy, kiedy miały rozpocząć życie. Kiedy miały być rozchwytywane. Kiedy miały zachwycić. I wówczas my, łowcy ciał, milkniemy na chwilę i ustaje praca naszych palców w przebieraniu truchła. Uświadamiamy sobie, że produkcja oryginalności jest już masowa, że znajdujący się tu wokół trup jest całkiem świeży. I to że my sami jesteśmy martwi. Martwi, gdyż żywimy nadzieję, która założyła takie składziki i która zmaterializowała się w postaci zaakceptowania istnienia takich kostnic.
Dociera do nas wreszcie, że to koniec i jest to wyzwolenie. Nie musimy już brodzić w trupach. Możemy spokojnie opuścić kostnice. Nikt nikogo już nie wyśle na przemiał. Bo przemielone jest już to wszystko. I tak zbudowani, i tak zadowoleni, wreszcie wychodzimy na zewnątrz, na zimno i na wiatr, na deszcz i na ciemność. I nie umieramy od tego.
Komentarze
Prześlij komentarz