Mój przyjaciel Alier 5

wcześniej był "Mój przyjaciel Alier 4"

Złość, zawiść, a może po prostu, nieprzejednany stosunek do świata tkwił we mnie odkąd pamiętam. Łasy na pochwały, chętny na docenianie i pazerny na poklask rosłem zupełnie nieświadomy o co w tym wszystkim chodzi. Nikogo nie mam prawa winić. Przecież wskazywano mi drogę właściwą. Tyle, że ja wolałem swoją.

Alier to postać powielana od stuleci. Taki typ zawsze się przebije. Silny, sprytny, ładny, a przede wszystkim dowcipny. Kochają go od dawna i za to samo. W pierwszej części przygód, która zdobyła czytelników nie tylko w Polsce, zostaje niesłusznie oskarżony o morderstwo króla. Ucieka przed stryczkiem dosłownie w ostatnim momencie. I naprawdę nie wiem, co jest w tym takie super, skoro nawet językowo nie zachwyca. Jak wszyscy się domyślają, na skutek prześmiesznych i niezwykłych perypetii Alier oczyszcza swoje dobre imię i zdobywa zaufanie mieszkańców. W rezultacie żeni się z piękną księżniczką.

Drugi tom to farsa na całego. Alier już prawie miał zostać królem, ale tajemnicza przepowiednia mówi, że wcześniej musi zgładzić kamiennego trolla. A ten troll, w sposób dla mnie zupełnie niejasny, uprowadza jego żonę. Na końcu książki troll pada trupem, ale wraz z księżniczką, co powoduje ogromny smutek u Aliera. Całe królestwo pogrąża się w żalu.

A więc, tak jak i ja, wiecie dokładnie o czym będzie trzeci tom. Bohater z krwawiącym sercem wyrusza na poszukiwania mędrca, który potrafi przywołać do żywych ukochaną Aliera. Że mu się to uda, nie mam wątpliwości. Nie mam też wątpliwości, że podczas misji spotka go milion ciekawych i śmiesznych sytuacji. No i po drodze straci jeszcze ze dwóch przyjaciół, których to, żeby wskrzesić, tak jak swoją ukochaną, nie pomyśli. A na sam, samiutki koniec pewnie walnie przemowę o tym jak jest trudno, ale że warto i że ogólnie w życiu trzeba się starać. I wszyscy to kupią.

A ja? Mnie nikt nie chce kupić. Może jest to związane z faktem, że nie sprzedaje. Jednak i tak smutno. To mnie w tym denerwuje i onieśmiela zarazem. To właśnie, że ktoś się zdobył na pokorę i poddał się innym pod ocenę. Że powiedział, tam gdzie reszta po prostu milczy.

Zostałem zaproszony na premierę trzeciej części Aliera. Poinformował mnie o tym kumpel irytującym telefonem o ósmej rano. Wracał właśnie z wydawnictwa. Druk już ruszył.

Zatem nadeszła ta chwila. Pół roku temu mówił mi jak to wątek się komplikuje i jak nie może go zakończyć, a teraz? Proszę, książka jest gotowa.

Co ja robiłem przez ten czas? Proszę nie pytajcie.

Wydawnictwo postarało się o godną oprawę takiego wydarzenia. Było chyba z milion ludzi. Oraz dwa razy tyle dziennikarzy. Kuba błyszczał. Ale po swojemu. Znaczy się w tym błyszczeniu był zdecydowany nikogo nie oślepiać. Nie chełpił się tym uczuciem. Przypuszczalnie dlatego, że nie wiedział jak to się robi. Nie podrywał na to lasek. Bo chyba to i tak zbyt mało poprawiało jego sytuację. Po prostu był. I to chyba drażniło takich typów jak ja najbardziej.

Takich, którzy bardziej troszczyli się o cudze życia, nie o swoje.

Na dobrą sprawę, kto mnie zabronił zrobić coś takiego? Że niby mam lepsze aspiracje? Że myślę o literaturze poważnie? Proszę, kurwa jego mać, bardzo, nie pierdol. Zazwyczaj tacy ludzie jak ja; nieudacznicy i życiowe łajzy, decydują się skryć w otoczce świętej sztuki, nietykalnej dla innych. Czytaj, ubzduraliśmy sobie, że jesteśmy lepsi od innych ludzi, bo jesteśmy od nich gorsi. Więc leżało. A Kuba stał na scenie dumnie prezentując swój siedemiusetstrunnicowy bilet do szczęśliwego życia.

W krainie północy w gospodzie w mieście Takto Alier spotkał rodzinę na wspólnym posiłku. Dziadkowie wraz z dwójką żonatych córek. Alier obserwował ich przez chwilę. Był wzruszony ciepłem tych ludzi. Odpoczywali. Wyglądali na ciężko pracujących. Podzielili się posiłkiem po równo. Nie szukali hierarchii, przy stole wszyscy mieli tę samą pozycję. Alier zapytał o trasę do Tekome. I został na nocleg.

Wiele nocy spędziłem na rozmyślaniach o swoim życiu. O tym, jaki byłem (i jestem) nieznośny, ilu ludzi przeze mnie nie przesypiało swoich nocy. Myślę i oceniam, że nawet, gdy krytycznie na siebie patrzę mogę nie zauważyć wszystkiego. Można przecież nadal być bucem, ale pocieszać się myślą, że się stwierdziło, że tym bucem się jest (więc jakoś tak trochę można czuć się lepszym). Aż dostaję dreszczy jak dowiaduję się ile takich sytuacji w swoim życiu miałem. Przecież inni ludzie to widzieli a ja w to brnąłem. I tak całe życie z przekonaniem, że się wie kurwa lepiej. A wiedziało się tyle samo lub mniej. Kuba to poświadczy. Alier jest jego terapią.

Bo wszyscy szukamy tu terapii. Jak przestać być chujem i jak zacząć nim być. Jak przełamać się i porozmawiać z dziewczyną. To wszystko jest w słowach. I te słowa wpływają na nasze działanie. Nawet słaba książka jest o tym. Nawet Kuba to pisał. Nawet ja to piszę.

Przeraża mnie, że mądrości banalne, te śmieszne prawdy, które w aforyzmach dźwigają ludzką duszę, są tak obecne w Alierze. A przecież to grafomania. To jest infantylność. Czy ludzi należy karmić prawdą fasadową? Czy można za czymś takim iść?

A co masz zamiast, ktoś spyta. No, co mam w zamiast, wiele, poczytaj, pomyśl. Nie mam czasu, ktoś powie. I będzie miał rację. Literatura to piękne narzędzie, użyteczne tylko wtedy gdy się za nie płaci. I to nie jest narzekanie i wymawianie się. To taka prosta prawda, że życie autentyczne to znaczy nie wiadomo jakie. Aleir z takimi problemami sobie radzi lepiej i dlatego się to lepiej czyta.

Komentarze

Popularne posty