Równość


Inżynier poczuł wibracje na nadgarstku. Mechanizm wskazał mu, że minęła jego zmiana. Skierował się do śluzy, a następnie do szatni. Czuł ledwo wyczuwalne pulsowanie. Powoli wracało w nim poczucie samego siebie. Z każdym cyklem pracy w kopalni coraz bardziej mechanicznie opuszczała i powracała do niego świadomość, jak przy pomocy włącznika i wyłącznika.

Pracownik wystawiony na fale słoneczne jest pozbawiony świadomości, ale zachowuje wszystkie swoje odruchy, a także potrafi fizycznie wykonywać czynności. To tyle. Nic natomiast nie pamięta. Nie odczuwa nawet upływu czasu. Po prostu go nie ma. A po sześciu godzinach wraca. Tak jakby spał. A w trakcie snu wykonywał pracę. Po pracy Robert czuł ogromne fizyczne wyczerpanie. Opadł na ławkę.

W tym momencie do sali wszedł Trevor. Był wyraźnie zadowolony. Robert nawet nie miał jako okazać zdziwienia.

-Zmęczony? Tak wiem, jesteś zmęczony. Głupio pytam. Ale ja w innej sprawie.

Robert zdjął hełm. Był cały zlany potem. Ściągnął rękawice.

-Tak, tak, zaraz sobie zapalisz, będzie lepiej. Te cholerne promienie wykańczają człowieka.- Brygadzista przysiadł się do Roberta.

-Mam jeszcze jedną do Ciebie sprawę.- Zaczął mniej kordialnym głosem.

Inżynier spojrzał na niego uważnie.

-Czy chcesz mi pomóc?- zapytał Trevor po chwili przerwy.

-W czym?

-W działaniu na rzecz wszystkich.

-Co to znaczy?- inżynier nabierał podejrzeń.

-Szansę dla wszystkich pogrążonych w ciemnościach.

-Czy to kolejna faza testu?- zniecierpliwił się Robert.

-Nie, nie to nie to. Spokojnie- Trevor położył rękę na dłoni inżyniera.- Trzeba pomóc Ziemi. Chcę, abyś wziął na siebie jedną, drobną rzecz.

Inżynier wstał.

-Zostaw mnie. Do niczego się nie przydam. Niczego od was nie chcę. Ja tu przyleciałem jednie, aby popracować. I tyle.

Trevor wstał również.

-Nikt nie przyleciał tu tylko dla zarobku, choć każdemu z nas wydaje się, że jest tu dla pieniędzy. Dyrektor jest tu dla władzy, ja jestem tu dla Ziemi. Ty, Robercie, zdaje się, że jesteś to wyłącznie dla siebie. A to bardzo nieładnie.

-Czy to źle?- inżynier pokręcił głową.- Nie możecie mnie zostawić w spokoju? Byłem u dyrektora. Powiedziałem mu, że mnie nagabywałeś. Ujawniłem się. Nie chcę z Wami współpracować!

Trevor westchnął.

-Tak, wiem, że byłeś. Dyrektor to karierowicz. Jest przeciw Ludziom Słońca jedynie dlatego, że mogą zniszczyć jego pozycję. Informuję go o zagrożeniach dla stacji, ale nie mówię mu o szansach dla Ziemi. On i tak ich nie zrozumie.

-I co w związku z tym?- Robert rzucił rękawice na ławkę, zaczął zdejmować z torsu kombinezon.

-Że jest nadzieja na rozbłysk Słońca. Nadzieja dla wszystkich w ciemności na Ziemi.- Trevor spojrzał na Roberta świdrującym wzrokiem.- Planujemy skierować trajektorię kopalni na Słońce. Wraz z ładunkiem i odpowiednią koordynatą dotrze odpowiednio głęboko, by wzbudzić reakcję łańcuchową syntezy. Wprowadzimy Słońce w cykl jasny, przywrócimy jego dawną moc.- Brygadzista zakończył monotonnie, jakby powtarzał starą prawdę.

Robert zamrugał oczami. Pokręcił głową. Stał oniemiały, wciąż jeszcze był w spodniach przeciwsłonecznych.

-A co z nami?- zapytał przytomnie po chwili.

-Z nami?

-Tak, z całą załogą.

-Wydobycie na stacji trwa całą dobę, to prawda. Ale chcemy przerwać tę ciągłość. Nie chcemy żadnych ofiar.

-A skąd macie materiał wybuchowy?- dopytał Robert.

-Jest już na tej stacji. To baterie, pełne Solenitu. Są one dość odporne, aby stać się takimi materiałami. Historia z kontrabandą to opowieść dla dyrektora. On naprawdę wierzy, że jesteśmy sektą. A ja ci mówię, Ludzie Słońca to są normalni ludzie, którzy chcą Słońca o dawnym blasku. Prywatyzacja wspólnej gwiazdy była tym krokiem, który zaprowadził na nowo ciemność na Ziemi!

Robert słuchał z przejęciem. Zwątpił. Nie sądził, że Trevor potrafi tak ukrywać swoje intencje. Dla młodego inżyniera było jasne, że każdy chce, aby Słońce znów jasno świeciło. Ale wiedział, że próby spełzły na niczym. Astrofizyka także była sceptyczna. Pozostawała proteza w postaci kopalni i baterii. Brygadzista jednak wciąż uparcie wierzył, że możliwa jest reakcja łańcuchowa na Słońcu. Wyglądał tak jakby próbować miał do końca, aż ostatnia możliwość nie zostanie wykorzystana, wraz ze zniszczeniem obecnej infrastruktury.

-Pochodzę z półkuli północnej.- Podjął po chwili Trevor.- Teraz znajduje się pod ogromnym lodowcem. Niewielu jeszcze tam mieszka. Brak Słońca po prostu zniszczył wszystko. Podobnie jak południe. Baterie ze Słońca tam nie docierają. Tymi bateriami karmi się bogaty Pas Równika. A tam przecież dociera jeszcze trochę energii Słońca!

-Solenit jest nową bronią.- Kontynuował brygadzista.- Zrobili z niej nową walutę. Czy możemy to jakoś wyrównać? My musimy to wyrównać! I próbować każdym sposobem. Nierówność Słońca na Ziemi jest podstawą nowego niesprawiedliwego porządku. Zaradźmy mu!

-I zlikwidujmy jedyny możliwy sposób, aby choć trochę było na Ziemi światła?- zapytał inżynier.

-Czy sądzisz, że dobrze się nim dzielą? Dlaczego nigdy nie przysłali baterii na północ? Na południe? Trzymają je tylko w Pasie Równika!

-To problem baterii. Nie wytrzymują poniżej określonej temperatury.

-A nie czasem tych pałaców światła, które mają w domach? W każdym pomieszczeniu żarówka! Świecąca się tą energią!

-Czego zatem ode mnie chcesz?- zapytał zrezygnowany Robert.

-Chcę, abyś doprowadził do niegroźnego, małego zwarcia. Wówczas wstrzymana jest normalna praca na stacji, ewakuuje się jej załogę. Ze stacji centralnej wyrusza ekipa naprawcza. Będę wtedy miał czas, aby skierować stację na kurs kolizyjny ze Słońcem.

-A jeśli się nie zgodzę?

-To przynajmniej nie przeszkadzaj!

Robert spoważniał. Miał na sobie jeszcze ciężkie spodnie. Był cały spocony.

-Więc muszę wybrać?

-Pomyśl, że gdy Ciebie oślepia blask, inni są w ciemnościach. Pomyśl o mrokach na Ziemi, których sam doświadczałeś. I pomyśl, że można to zmienić. To nie jest żadne szaleństwo!- Po tych słowach brygadzista wyszedł z szatni. Robert usiadł na ławce.

Komentarze

Popularne posty