Test
-Witam! Co cię tu sprowadza?- dyrektor wstał i wyciągnął na powitanie rękę.
Inżynier uścisnął dłoń i rozejrzał się po pokoju.
-Możemy porozmawiać?- Zapytał konfidencjonalnie.- Zdaje się, że wiem coś o Ludziach Słońca.
-Dobra. Okej.- Z twarzy Jansona zniknął uśmiech. Zamknął terminal na swoim biurku i dodał:
-Tak, możemy porozmawiać.
-Tu jest bezpiecznie?- Robert ściszył głos.
-Tak, tu jest bezpiecznie.- dyrektor potwierdził skinieniem głowy.
Młody inżynier usiadł na krześle. Spojrzał w oczy dyrektora.
-Wiem, że jestem tu od niedawna.- Robert niepewnie rozpoczął.- Ale wczoraj przyszedł do mnie Trevor.- Na twarzy dyrektora nie było widać zdziwienia.- I zaczął mnie wypytywać. Aż w końcu się zadeklarował. Jednoznacznie.- Chłopak wypowiedział ostatnie zdania szybko, jakby je chciał wyrzucić.
-Zadeklarował?- Dyrektor spoglądał głęboko w oczy inżyniera.- Zadeklarował jako kto?
-Jako Człowiek Słońca. I powiedział o wszystkich planach. O tym, że miałem przywieść materiał, że mają wzbudzać Słońce, że tym razem się uda.
Zapanowała chwila ciszy. Przerwał ją serdeczny uśmiech dyrektora, a w chwilę potem salwa śmiechu. Robert był zdziwiony. Janson nie przestawał się śmiać.
-I co z tym zrobiłeś?- zapytał wciąż w radosnym nastroju.
-Jak to co?- Inżynier potrząsnął głową.- Przyszedłem do pana!
Dyrektor się uspokoił. Twarz nieco mu spoważniała. Przytaknął głową.
-Tak, oczywiście.- Potwierdził.- Przyszedłeś do mnie. Przepraszam Cię za moją reakcję. Jesteś sprawdzany. Chcieliśmy zobaczyć czy nie masz inklinacji sekciarskich. Czy nie chcesz dołączyć do Ludzi Słońca.- Dyrektor uspokoił się już zupełnie. Na twarzy pozostał jedynie serdeczny uśmiech.- Twoje przejęcie i sposób opowiadania wybudziły moją sympatię. Za śmiech przepraszam raz jeszcze.
Robert poczerwieniał. Siedział na krześle zawstydzony i zagubiony. Dyrektor wstał obszedł niewielkie biurko i stanął za Robertem.
-Widzisz- rozpoczął mentorskim tonem- Ludzie chcą wzbudzić Słońce. Ale tego zrobić nie można. Nie mamy takiej siły. To jest dowiedzione naukowo, że nasza gwiazda się wypala. Nic jej nie naprawi. Nie pozostało nam wiele, jedynie dowozić fotony na Ziemię. A wariaci są wszędzie.- Dyrektor położył rękę na ramieniu Roberta i nieco zmienionym, niższym głosem kontynuował:- Proszę uważać, jesteśmy nieustannie infiltrowani przez Ludzi Słońca. Pana też próbowali wykorzystać jako wektor, transporter nieświadomy swojej roli. Miał Pan przewieźć dla nich materiał wybuchowy. Nasi ludzie zadbali, aby się tak nie stało. Dbamy o bezpieczeństwo kopalni. Trevor jest jednym z nas. Wiedział, co należy zrobić.- Robert pokiwał głową.
-Nie sądziłeś chyba, że brygadzista może być takim kretynem? Że może ufać tym sekciarzom?- Dodał normalnym głosem dyrektor.- Ludzie Słońca sądzą, że utrzymujemy w ciemności całą Ziemię, aby czerpać korzyści z dowożonych fotonów.- Pokręcił głową z niedowierzaniem.- Wierzą, że zawłaszczyliśmy sobie Słońce, że wykorzystujemy je! Że utrzymujemy obecną sytuację, aby się wzbogacać! A Ludzie Słońca chcą zniszczyć kopalnie, bo zużywają one Słońce! Daje pan wiarę? Sądzą, że my jesteśmy tutaj dla pieniędzy!- Janson podniósł głos.- Że dobro wspólne zmieniliśmy na prywatne! Niedorzeczność!- zakończył krzykiem. Nastała cisza.
Dyrektor wziął głęboki oddech, aby się uspokoić. Spojrzał na inżyniera i ze smutkiem pokiwał głową. Robert odwzajemnił ten gest.
-Dziękuję za zdanie testu.- Janson poklepał inżyniera po ramieniu.- A teraz proszę iść do pracy. Fotony czekają!
Robert skierował się do szatni. Usiadł na ławce i rozpoczął żmudną procedurę nakładania stroju ochronnego. Rozpoczynał od anty-słonecznych spodni, kończył zaś na lewej rękawicy, którą używał by dopiąć rękawicę prawą.
Po nałożeniu na siebie kombinezonu udał się do śluzy, a następnie wszedł do przodka kopalni Słońca. Oślepiająca jasność i poczucie dojmującego ciepła uderzyły go od razu. Powoli, jakby kroczył w gęstej magmie, podszedł do aparatury i kolejno sprawdzał prawidłowość naładowania baterii.
-Dziękuję za zdanie testu.- Janson poklepał inżyniera po ramieniu.- A teraz proszę iść do pracy. Fotony czekają!
Robert skierował się do szatni. Usiadł na ławce i rozpoczął żmudną procedurę nakładania stroju ochronnego. Rozpoczynał od anty-słonecznych spodni, kończył zaś na lewej rękawicy, którą używał by dopiąć rękawicę prawą.
Po nałożeniu na siebie kombinezonu udał się do śluzy, a następnie wszedł do przodka kopalni Słońca. Oślepiająca jasność i poczucie dojmującego ciepła uderzyły go od razu. Powoli, jakby kroczył w gęstej magmie, podszedł do aparatury i kolejno sprawdzał prawidłowość naładowania baterii.
W uszach słyszał coraz głośniejsze regularne uderzenia dysz mechanicznych. Pamiętał procedurę ręcznego restartu, gdyby któraś z nich ładowała się nieprawidłowo. Znał schemat alarmowego obejścia zasilania, jeśli temperatura baterii jest zbyt duża. Wszystko to miał w głowie, ale po chwili zupełnie przestał pamiętać, kim jest i co robi. Wszystko wykonywał machinalnie. Prąd elektromagnetyczny wymiótł z Roberta resztki świadomości.
Komentarze
Prześlij komentarz