Atlantyda I


Odwiedziłem kiedyś mojego bardzo ciekawego przyjaciela. Przyznaję nie widziałem go od lat. Przecież żyłem przez długi czas prawie na końcu świata. Dlatego nie byłem pewny jego reakcji. Nie wiedziałem też jak mu się wiedzie. Przyjął mnie jednak bardzo serdecznie. Już od progu zaproponował, abym został aż do kolacji, ponieważ ma pewną bardzo interesującą sprawę do zrobienia i chce, abym mu towarzyszył. Oczywiście zgodziłem się. Moje plany na dziś, tak jak i na resztę tygodnia, nie istniały.

Po kolacji podano kawę. Zaczęliśmy rozmawiać o ostatnich kilku latach. Zwierzyłem się z nieudanej inwestycji w Kenii oraz z mało szczęśliwego związku z Australijką.

-Cały świat- jak zauważyłem- był mało przyjazny, dlatego wróciłem.

-A czy już myślałeś o jakimś zajęciu tutaj, w kraju?- zapytał. Dopatrywałem się w jego tonie czegoś więcej niż zwykłej ciekawości.

-Jeszcze nie, mam teraz chwilę na przemyślenia. Zdecyduje niebawem.

-To dobrze- uśmiechnął się- możesz zatem towarzyszyć mi w delikatnej sprawie. Chcę jednak najpierw oprowadzić Cię po moim prawdziwym domu.

-A ten nie jest?- zapytałem zdziwiony.- Przecież wygląda porządnie.

-Nie w tym sensie prawdziwym. Wiele się stało od czasu twojego przyjazdu do Europy. Choć pokażę Ci.

***

W korytarzu nowego domu spostrzegłem wśród wielu przedmiotów porozstawianych w nieładzie. Przy ścianie zobaczyłem obraz, który znałem:

-Masz replikę Autoportretu Van Gogha?- zapytałem.

-To nie replika, to oryginał. Mam ich jeszcze pięć.- Odrzekł spokojnie.

-Pięć? Oryginałów? Jak to możliwe?- Z trudem utrzymywałem podniecenie w głosie.

-Wszystkie są identyczne poza tym, że nie są w tym samym miejscu.

-Nie rozumiem.

-Są oryginałami z innej rzeczywistości. Mam ich i tak mało. Mój znajomy ma ich z sześć tysięcy.

-Sześć tysięcy?- Osłupiałem.

-Tak, to wyznacznik pozycji, luksusu, klasy, czy czego tam uważasz.- Rzucił machinalnie.

-Ale jak to możliwe?

-Zwyczajnie, to są oryginały przemycone z innej rzeczywistości. Są one z światów możliwych.

-Ale...- straciłem orientację.

-Technicznie nie znam się na tym.- Próbował wyjaśnić.- Ponoć możliwe to jest do nieskończoności. Rzecz jasna liczą się tylko oryginały. Jak banknoty.- Spojrzał na mnie z serdecznością.

-Ale Ci ludzie, te światy, czy to znaczy, że im to kradniemy?- Wyraziłem zwątpienie.

-Nie inaczej.- Przytaknął.- Kradniemy ich dzieła sztuki. Rabujemy tak przecież nie pierwszy raz.- Dokończył spokojnie.

-A nie wystarczyłaby jedynie kopia? Nie można by technologicznie jej doprowadzić do perfekcji?- Dopytałem. Budziła się we mnie złość.

-Nie. Tu chodzi o oryginalność.- Doprecyzował.- O to, aby dzieło namalował jego prawdziwy autor. Żeby było, no wiesz, naprawdę prawdziwe.- Spojrzał na mnie z sympatią.- Nie skopiowane, ale prawdziwe.- Powtórzył kolejny raz. Zapadła cisza. Próbowałem zrozumieć po co komuś sześć tysięcy Autoportretów Van Gogha.

-Poza tym- rozpoczął po chwili- technologia nie po to powstała, by innych przestać okradać lecz by robić to subtelniej.

Komentarze

Popularne posty