Dokąd iść?
Szedłem ulicami jednego z większych miast w Polsce. W witrynach, nęcąco wyeksponowanych właśnie celem napotkania takich jak ja osób, piętrzą się stosy książek, jakby podświadomie mówiąc nam, nawet jeśli nas nie przeczytasz, przynajmniej kup. Jedną z takich była nowa pozycja cenionej przeze mnie Doroty Masłowskiej Jak zdobyć świat nie wychodząc z domu. Pasjonujące. Doprawdy. Przecież jej rzeczy czytają się dobitnie. To znaczy, że nawet jeśli się ich nie czyta, to są przez wszystkich dyskutowane.
Zazdroszczę. To pewnie widać było nawet w sposobie jakim jej się przyglądam. Złota kariera. Debiut lepszy niż inni. No i realizowanie siebie. Choć niektórzy mówią, że to tylko fama, że przez bluzgi tak się podoba i tak dalej. Dobra, dobra wiem swoje. Przecież też mam przekleństwa w swoim pisaniu. I co? I nic. Jak nikt nie czytał, tak nikt nie czyta.
Zatem patrzę. Wzdycham. Idę dalej. Idę na pociąg, jeśli to komu potrzebne.
Z mojego iścia wiele nie wyniknęło, jedynie w salonie kosmetycznym przyjrzałem się silikonowym nosom, w sklepie spożywczym bułkom wypiekanym na miejscu oraz rozłożonemu parasolowi jednej z przyulicznych restauracji (zupa pomidorowa kosztowała dziewięć złotych, jeśli kto ma ochotę, sam osobiście nie lubię). I z tego niewiele zrobił się traktacik o chodzeniu. Traktacik, bo krótko będzie, dokąd idę (że na dworzec idę) i tyle. Przecież trzeba mieć czas na iście.
Zatem z bułek instant, parasolów zaraz nad ulicą i nosów na zawołanie zrobiłem się na duchu nieco podupadły. Rozpoczęła to wszystko Masłowska, ale upadek przyspiesza nie przyczyna, ale zbliżanie się do skutku. I zrodziła się z tego chęć połączenia. Tego wszystkiego. Choćby w traktacik. Przecież u Masłowskiej jakoś to się łączy. Stąd taka jest dobra. Bo łączy to, co niepołączalne. To co do połączenia się dotąd nie nadawało. Zatem! Dawaj! ŁĄCZ!
Ale jak? Zdaje się skamleć mój podupadły duch. Sprawa niewesoła, bo do dworca już coraz bliżej. Co tu robić? Skoro robić nic nie można? Tylko iść?
Zatem idę. Tylko coraz mniejszy.
I połączenie samo się znalazło. Człowiek, który z każdym krokiem robi się coraz mniejszy. Którego ubywa od nadmiaru ruchu, który po drodze gubi samego siebie. Że będzie z tego alegoria? Że jest to o czymś, o czym do tej pory nie było? Pewnie Masłowska już to opisała. Ale do diabła z nią.
Zatem człowiek jest wyczerpywalny. Jest ścieralny o podły, miastowy chodnik. Jest zżerany przez życie i ciągłe uganianie się za tym za czym się ugania (skąd mam wiedzieć za czym dokładnie?). Jest więc skończalny. I tak też losy owego dżentelmena mogły by iść (a jakże!) dalej. Choć już słyszę głosy krytyków: Skoro się szybko ściera, niech jeździ samochodem! Niech używa taksówki! Na co tyle ma chodzić? O, nie, nie doceniacie mnie moi czytelnicy! Gdyby używał taksówek, powieść mogła by być zbyt długa! A wówczas narzekalibyście na rozwlekłość. Nie, to musi być krótkie!
Zatem człowiek kroczy przez życie, konsekwentnie coraz mniejszy się stając. Jest coraz słabszy, jest coraz smutniejszy. Przecież on dosłownie życie zostawia za sobą. I tak idzie, idzie, z iścia czyniąc coś ponad zwykłe przestawianie nóg.
I taki to traktacik o ludzkim chodzeniu. Mylicie, że musi dokądś dojść, by miało to wszystko sens? Sens choćby przewrotny? U Masłowskiej tak by było, mówilibyście! Zatem nie zostawię was tak bez pouczenia! Niech zabrzmi moja mentorska nuta! Niech się stanie puenta!
Człowiek ów życie swoje chodził cały czas za czymś (za czym pisałem wcześniej) i stawał się od tego mniejszy, jak już powtórzyłem wielokroć. Cóż zatem się stało u końca losów jego?
Tam dokąd zmierzał, dotarł? Zapytacie. Owszem. Odpowiem: człowiek dotarł dokąd zmierzał, ale wówczas już wcale w ogóle go nie było. Starł się cały. Ostatni kawałek jeszcze nadający się do podzielenia trwał, a on w nim, na krok przed celem. Gdy nieuważny krok ów uczynił, zniknął.
Był i nie ma! Ot tyle mi wyszło z tego śpieszenia się na pociąg. Tyle mi wyszło z tej Masłowskiej! A temu człowiekowi tyle wyszło z chodzenia.
I to tyle na temat dokąd iść. Dotąd, aż się jest. Dalej już nie polecam. Szczególnie, że nie można. I że się nie da. I że nie warto. Choć pewnie Masłowska dałaby radę!
Komentarze
Prześlij komentarz