Nowe życie

wcześniej było "Zaproponowali mi życie"

Świtało. A więc już wybrałem. Co dalej? Z katalogu niewiele pamiętałem. Było jakoś tak mgliście. Bardzo niewyraźnie. Mało miałem kompletnych myśli. Same skrawki. Kawałek za kawałkiem, niezwiastujący żadnej jasnej koncepcji jak i co. Wiem tylko, że miało być warte przeżycia.

To tyle. Reszta nic mi już nie mówiła. Gdzieś kołatała jeszcze groza, że nie warto się budzić. I jeszcze jeden skrawek myśli. Miało nie być samotnie, kogoś ponoć wskazałem. Ale to tyle. Nie wiem czy zapowiedzieli, że stracę pamięć. Nie wiem nawet kim oni byli. Powoli ze strzępków wątków układałem pomysły i hipotezy, aby ocenić obecną sytuację. Rozjaśniało się coraz bardziej. Wraz ze wschodzącym słońcem dochodziło mi do głowy, że nie pojawiłem się tu bez powodu, że coś mnie pchnęło do tego świata i tego życia. Nie przestawałem o tym myśleć. Ale taka koncentracja zamiast szukać nowych tropów zaciera ślady jeszcze pozostałe. Uciekająca nitka, której złapać nie mogłem, przywodziła mi na myśl, że moja sytuacja nie jest jeszcze stracona, coś w końcu jest.

Chwila i już, jest! Byłem. A oni proponowali mi życie. Proponowali bo chciałem. Bo życie było mi potrzebne. Miałem w życiu być. A oni zaznaczyli, że to wartość, dlatego proponują umowę. Na trzysta lat, choć zgodzą się ją zakończyć już po stu. Co zaś mieli dostać w zamian? Mieli dostać to wszystko co przed i po. Skąd macie życia? Pamiętam, że tak zapytałem. Wiem, bo wywołało to uśmiech na twarzy jednego z nich. To zapadło mi w pamięć. Taki skrawek, strzępek. Nie zapamiętałem tylko odpowiedzi. A powinienem zapamiętać. I jeszcze jedno właśnie sobie zapamiętałem, bo przy nim obaj wybuchnęli śmiechem, kim jestem, zapytałem. Ale odpowiedź też mi umknęła.

Szukałem jakiegoś punktu orientacyjnego. Na horyzoncie nic nie było. Wszędzie dookoła piasek. Żółty i niepoliczalny. Wszędzie było go pełno. Nic więcej poza niebem nad nim nie było. Trudno dlatego było wybrać kierunek marszu, ale zdecydowałem się iść, przecież nie mogłem czekać. W całym krajobrazie nic nie zmieniało się przez długie godziny marszu. Jedynie słońce przemieszczało się na niebie. Miało to mi pomóc w określeniu ile już maszeruje, ale nie umiałem tego dokładnie obliczyć. Przecież i tak wszędzie był ten sam piasek.

Szedłem dalej. Nawet pragnienie się nie pojawiło. Jedyne co czułem, to delikatnie zmęczenie nóg wywołane ciągłym marszem i walką z piaskiem, w który przy każdym kroku zapadały się moje stopy. Miałem mnóstwo czasu na rozmyślania, jednak w głowie miałem pustkę. Jakby wszelkie wątpliwości sprzed wyruszenia w drogę wyparowały. Byłem zdziwiony, że nie gryzły mnie te wszystkie niedomyślane i niedokończone myśli.

Słońce szło na przekór mnie. Chowając się już za moimi plecami. Szedłem mniej więcej na wschód. Ale wschód na tym świecie nie był mi jeszcze znany. Więc nie wiedziałem co za nim jest. Ani czego można się spodziewać. Gdzieś tam na horyzoncie udało mi się dostrzec mrok, delikatnie wkradający się na niebo i piasek. Jednoczący je pod tą samą barwą. Przypominało to zabarwiającą się wodę. Delikatne z obrzeża ciemnoszare, w środku mocniej ciemne. Wręcz czarne. Oswoiłem się z myślą, że i mnie wreszcie pochłonie mrok. Bałem się tylko, że nie będę mógł maszerować tak wydajnie jak do tej pory. Ale nie zniechęcałem się. Kroczyłem dalej na wschód.

ciąg dalszy nastąpi

Komentarze

Popularne posty