Z oblężonego świata


Miasto upadło. Podeszliśmy do okna domu, który narysował wariat. Zachód słońca podświetlił kilka porzuconych maszyn porażki. -Pamiętam- ktoś zauważył- jak w zamierzchłych czasach można było przemienić wilka w człowieka, a potem go pouczać ile dusza zapragnie.

Charles Simic "Blues o śnieżnym poranku"



Uprawiamy bomby, nie warzywa, a gdy w zeszły piątek ogłoszono zawieszenie broni, mogliśmy wreszcie je pozbierać. Chyba odzwyczailiśmy się od ciszy. Dlatego mamy powyginane patelnie. Wczoraj, późnym wieczorem próbowałem się skoncentrować. Nie wyszło mi, znów przegrałem w warcaby z naszym psem.

Trzeba jakoś żyć. Nie można wiecznie czerpać wody dziurawym hełmem. Jestem samotny, choć wśród gruzu jest nas wielu. Nie możemy się spotykać w dzień, bo się boimy, w nocy zaś pracujemy, aby przeżyć. Chcę zachować swój pogodny nastrój, ale jest to trudne, gdy walczy się o przetrwanie.

W tej wojnie już na niczym nam nie zależy. Na tyle na ile można oswoiliśmy się ze śmiercią. Ale zachowujemy jeszcze ostatnie resztki rozsądku. Nie popełniamy samobójstw. Wiemy, że zginiemy, więc każdy dzień jest okazją, by prowadzić nasze oddziały do walki.

Prosili mnie, abym zapisywał wydarzenia. Tylko ja potrafiłem jeszcze pisać. Ale pełnego obrazu sytuacji nie mam. Nie wiem, z kim walczymy, nie wiem gdzie. Kiedyś był to nasz dom. Teraz z tym miejscem wiąże nas jedynie lęk. Tylko strach przypomina nam, kiedy możemy położyć się spać.

Nasz dowódca, Ares, zapowiedział ofensywę. Polecił chłopakom uzbrojonym w noże kuchenne i granty domowej roboty, aby zaatakowali pozycje wroga. Ofiar nie liczyliśmy, zdobyliśmy trzy konserwy i trochę warzyw. Niestety konserwy były zepsute, a warzywa pocięte przez pociski.

Z moich rachub wynika, że mamy pięciu żołnierzy, ośmiu sztabowców i trzynaście kobiet. Niemowląt nie ma. Dzieci liczymy jak dorosłych.

Pewnego dnia przybyła do nas grupa uchodźców. Słyszeliśmy o podobnych akcjach dywersantów. Było ich trzynaście ciał. Ares wyraził zadowolenie, że nie zmarnowaliśmy na nich ani jednej amunicji.

Wiemy, to też byli ludzie. Ale człowiek to zupełnie dziwna rzecz. To jest nieprawdopodobieństwo i szansa. Człowiek to kłamstwo natury i prawda kultury. I co jeśli wygra w nim to pierwsze? Jeśli tych trzynastu w nocy nas zabije?

Prowadziłem nieudane życie. Wojna okazała się dla mnie łaskawa, bo nie miała kogo mi odebrać. Zapisywanie losów naszej wspólnoty jest dla mnie okazją do nadrobienia wychowania obywatelskiego. Odpowiadam za rzetelność faktów, które tu podaje. A także za losy tych, których wyznaczę na zapomnienie. Dlatego moja historia jest historią naszej wspólnoty, nie żadnej innej. I nie ma innej prawdy niż nasza. Tylko dlatego jeszcze jesteśmy.

Siódmego miesiąca urodziło nam się pięciu chłopców. Ares był zadowolony. Ja zanotowałem imiona tylko dwóch: Ursusa i Daniela. Resztę musieliśmy pochować. Zaraza i brak fachowej opieki różdżkarza zabrały trójkę po dwóch dniach.

Dowódca przygotowuje się na wielką ofensywę. Zapewnia, że zwróci ona nam dawne pola uprawne i dostęp do paneli słonecznych. Będziemy uprawiać więcej bomb. Planuje wysłać tam najmłodszych.

Znalazłem zapiski z początku tej wojny. Nie mogłem odczytać daty, strona z nią rozpadła się ze starości. Wyczytałem z fragmentów, które ocalały, że wszyscy byli potężni i tę potęgę chcieli sprawdzić. Najlepiej tu, na neutralnym gruncie. Zrozumiałem: neutralny, znaczy zamieszkany przez cywilów.

Początek był wyrównany. Każdy tracił siły równomiernie. A tracąc siły zyskiwał pewność, że walczy w słusznej sprawie. Dalej nic nie rozumiałem. Pełno było wykresów i wskaźników wzrostu wojennego brutto. A także haseł i zapewnień o dobrobycie i dobrostanie.

Na ostatniej zapisanej tylko do połowy kartce (co za marnotrawstwo!) był fragment o końcu. Że działania bitewne już ustały. A wojna została wygrana. Niestety, potwierdzenie dadzą w następnym numerze, gdyż ten musieli już drukować.

Ktoś wykaligrafował piórem poniżej: Uwierzył we własną siłę. I przegrał.

Ares od trzech dni nie wstaje. Powrócił z misji pokojowej. Mówi, że rozmawiał z trzynastoma posłami, dopiero sztylet ostatniego go dosięgnął. Rana jest chyba śmiertelna.

Już się nie denerwuję. Wystarczy mi, że piszę przez chwilę. To forma potwierdzenia, że się istniało, że miało się cel.

W naszej wspólnocie szykuje się czas wyborów, oby starczyło mi sił na ich przeżycie.

Komentarze

Popularne posty