Krótka historia pełna perypetii wielu o zawieszeniu klosza
Czy zawieszę szkło na lampę w łazience, zapytała mnie. Czy zawieszę? Pewnie, że zawieszę. Kiedy, zapytała jeszcze. Kiedy? No, pewnie żadna inna odpowiedź, jak teraz, jej nie zadowoli. Że już tyle nie wisiała, mówi. Przez roztargnienie pod łóżkiem leżało to szkło, kontynuuje jakby historia tego przedmiotu była konieczna do właściwego go użycia, i leżało, leżało, aż odkurzyłam wreszcie. Przecież to niemożliwe, mówi, żeby tyle leżało. Dociera do mnie sugestia. Biorę krzesło, biorę szkło i do łazienki.
W łazience sytuacja przedstawia się następująco. Jasno. Od światła, które nie zaćmione lampą rozbłyska z pełną mocą. Zastanawiam się czy warto je przyćmiewać. Przyćmiewaj, przyćmiewaj, powiadałaby, gdyby akcja założenia szkła działa się w Galicji jakieś dwa wieki temu i zakładano by je na lampę naftową. Zatem sięgam szczytu, w tym przypadku sufitu, mocowanie metalowego plafonu wydaje się solidne. Choć, nie, nie jest solidne. Jest takie akurat. Znaczy się, urwanie się będzie niespodziane, ale nie można twierdzić, że nie niemożliwe.
Szkło ma okrągłe wejście, przez które trzeba przeprowadzić żarówkę… o cholera, jak jasno! Już gaszę, pospiesza do włącznika (choć teraz użytego w charakterze wyłącznika, ale i tak chodzi o przełącznik) i pyk. … o cholera jak ciemno! Chwilę czekam. A te pajęczyny! Czekaj! Dam Ci ścierkę, abyś pozbawił pająków ich domów i aby cholerne muchy i komary tym weselej harcowały w ciepłe dni, nie powiedziałaś. Zatrzymałaś się na ścierce. I co ja niby mam z nią? Spoglądam osłupiały i jeszcze przyćmiony. No, obetrzyj, przecież. A metal, jak mnie prąd kopnie? Powiedziałbym, ale obtarłem jedynie w milczeniu licząc, że ktoś inny zdecyduje czy mnie porazi prąd czy nie.
Wracamy do szkła. Wszak o nie, jak na każdej dobrej imprezie, się rozchodzi. Patrzę z przejęciem, że chyba czegoś brak w mocowaniu. Moja wiedza na tyle jest mała, że pozwala mi powiedzieć, chyba czegoś tu nie ma. Nie ma? Zapytuje, doceniając ocenę fachowca. Nic innego tam nie było, dodaje pospiesznie, zapewne celem wyjaśnienia, by tylko przypadkiem nie zostać współwinnym niepowieszenia. Ale może nie, mówię, chwytając za śrubokręt (podany mi wcześniej, lecz wartka akcja wpleść tego bohatera mi nie pozwoliła). Jest, mówię choć bardziej szepcę, prawie dokładnie tak, jakbym szeptał, rozszyfrowując tajemną machinę zaginioną na dnie mórz. Jest, kręcę śrubokrętem, działa. Czyli zawiesisz, pyta jakby chciała mieć pewność, że wyrok wydany będzie i wykonany. Zawieszę, odpowiadam, ale zaraz dociera do mnie niepewność mocowania. Jeśli dodamy do tego niepewność mocującego, to mamy przepis na wiszące u góry ostrzeżenie przed pochopnością różnych czynności domowych gotowe. W sensie, jeśli to zawieszę. A właśnie zawieszam i w trakcie rozważam, czy zawiesić. Bo już widzę jak niepewnie śrubokręt przykręca jedno ze skrzydeł, które wchodząc w szkło będzie je utrzymywało. I ta niepewność będzie wisieć i przyćmiewać niemniej niż przyćmiewa mleczne szkło lampy.
Ale kontynuuję. Mógłbym nawet rzec, że dalej, gdyż trwa to i trwa. Gorąco udzieliło się mojemu czołu. Włosy zdecydowały się pokryć potem. A ja u góry skręcam nieuchronną niespodziankę. Czy każdy o tym wie, ile takich niespodzianek może kryć się nad naszymi głowami? O! Niech jedynie lepsi ode mnie parają się ich naprawą. Niech lepsi ode mnie zajmą się gwarancją ich niespadnięcia.
Skończyłem, mówię sam do siebie. Dobrze, mówi. I tylko jakoś tak ciemniej się w łazience zrobiło, nie? Pytanie trafia do mej głowy i odbija się echem. Przyćmione światło, przyćmione bezpieczeństwo, co jeszcze zostanie przyćmione, byleby tylko było nam ładniej i choć przez chwile lepiej? Ileż jeszcze musimy zawiesić takich lamp i ile jeszcze ich musi grozić, byśmy przestali z tym przyćmiewaniem. W końcu światło od tego jest, do cholery, aby było jasno.
Cała M...
OdpowiedzUsuń