Solenit


Stacja kopalniana zlokalizowana na orbicie słonecznej błyszczała odbitym światłem. Nieduża, biała platforma składała się z dwóch hangarów przeładunkowych oraz miejsca poboru, tak zwanego przodka. Górnicy Słońca w specjalnych kombinezonach, z filtrami świetlnymi pracowali przy zbiornikach. Te niewielkie zlokalizowane wokół przodka pojemniki kanalizowały rozpędzone fotony. Następnie energia magazynowana była przez kondensatory w niespalających się bateriach grafitowo- diamentowych. Tak zebrane promienie Słońca w postaci fotonów, czekały na swoją kolej, aby trafić na Ziemię.

-Dziwne, prawda?- zagadnął odźwierny.

-Co?- zapytał mimowolnie inżynier podając dokumenty.

-Że robimy za naturę- urzędnik szeroko się uśmiechnął i spojrzał na dokumenty- że proszę pana, dowozimy na Ziemię to, co kiedyś samo tam docierało.- Inżynier kiwnął głową ze zrozumieniem.

- Tak, kiedyś tak było. Ale teraz tak nie jest.- Zauważył przytomnie przybysz.

-Ludzkość zastępuje naturę.- Dodał melancholijnie odźwierny- Elektryka, elektronika, inżynieria gwiezdna. Kto wie co będzie dalej?

-Jeśli będzie jakieś dalej- odpowiedział dyrektor kopalni. Zbliżył się do inżyniera i przywitał go.- Jestem Janson Zweig. Prowadzę tę kopalnie. Witam na pokładzie!- Uśmiechnął się szeroko.- A rozgadanym panem Emersonem proszę się nie przejmować. Ma dużo czasu na służbie, to i dużo myśli.- Skinął głową na odźwiernego.- Ja zajmę się panem, panie… ?

-Jestem Robert.- Inżynier podał rękę.- Robert Musil. Młodszy astroinżynier.

Skierowali się do hangaru. Dyrektor wyjaśnił zasady załadunku oraz wytłumaczył biurokratyczne normy pracy.

-Mamy cztery zmiany, po sześć godzin każda. Tutaj jesteśmy chronieni przez ściany stacji, ale bliżej przodka i na zewnątrz Słońce spaliłoby nas momentalnie. Poza tym ciało ludzkie działa w tak silnym polu magnetycznym, że sześć godzin to maksymalny czas pracy na stacji. Następnie osiemnaście godzin spędza pan na stacji centralnej, która jest w bezpiecznej odległości.- Dyrektor spojrzał na inżyniera, a zaraz potem na zegarek. -Pana zamiana zaraz się zaczyna. Brygadzista wyjaśni resztę.

Do stojącego na środku hangaru Roberta podszedł barczysty mężczyzna.

-Witam. Jestem Trevor. Będziemy razem pracować na Słońcu. Astroinżynierowie na mojej zmianie sprawdzają poziom naładowania baterii w przodku kopalni.- Mówił bardzo szybko, prawie bez przerwy na wdech. Był mocno opalony.- Jest tam bardzo gorąco. Dlatego zapraszam do przebieralni. Musi pan się dokładnie ubrać. Dotknie pan Korony Słońca!

Gdy Robert wrócił z przodka kopalni do przebieralni, ledwo zdołał się rozebrać. Ciężki kombinezon, schłodzony przed wejściem, uwierał praktycznie wszędzie. Pracy na przodku prawie w ogóle nie mógł sobie przypomnieć. I to zaledwie po tak krótkiej chwili. Trevor wspominał, że przyzwyczajenie się do tej pracy jest bardzo trudne. Czasami mijają długie tygodnie, gdy ciało przestaje się buntować. Praca, którą wykonują na przodku jest ciężka. Przypomina pływanie w lawie. Mimo kombinezonu jest bardzo gorąco. Ruchy są spowolnione. A wszystko to odbywa się przy praktycznie oślepiającym świetle, choć filtry świetlne są najmocniejsze z dostępnych.

Młody inżynier ściągnął kask, był cały zlany potem. Jak to możliwe, że nie mogę przypomnieć sobie czegokolwiek? Zastanawiał się. Kojarzę sprawdzane kontrolki, wykresy. Czuję napierającą na mnie zewsząd energię, ale nie potrafię tych ostatnich sześciu godziny odtworzyć w kolejności. Pragnął schronić głowę w dłoniach, ale wciąż miał założone grube, grafenowe rękawice. Oparł zatem głowę o drzwi szafki i ciężko westchnął.

-Masz zapalniczkę?- zapytał Trevor, który niezauważalnie wkradł się do szatni.

-Nie, ostatnią zostawiłem na Ziemi.- Młody inżynier otworzył oczy.

-Nie sądziłeś, że jest tak ciężko, co?- Spytał brygadzista. Robert pokiwał głową.

-Nie przypuszczałem, że fale magnetyczne są tak silne. Głowa mi pęka.

-Ludzie Słońca by Ci tego nie darowali. Ubóstwiają Słońce. Ale chyba nie wiedzą jakie ono jest naprawdę.

-Nigdy nie byli tak blisko. Bo i nie było potrzeby.

-Ale teraz jest- dodał Trevor.- Pomyśl, że jedna bateria to dziesięć gigawatogodzin. To jest prawdziwa siła węgla słonecznego, Solenitu. Bez tej energii Ziemia, by nie wytrzymała.

Robert spojrzał na brygadzistę i zapytał:

-Można tutaj palić?

-Po dużej dawce Słońca zalecamy nikotynę. Otrzeźwia ciało.- Trevor pokiwał głową.- Ale niestety nie masz zapalniczki. Musimy wrócić do hangaru, tam powinienem mieć jakąś.

Jest już "Rozbłysk"

Komentarze

Popularne posty