Wieszczka
Czy ktokolwiek przejmowałby się konsekwencjami? Wie pani jak ludzie są słabi w przewidywaniu przyszłości. Opierają się jedynie na prognozach. Kto pomyślałby, że nic im nie powie jak będzie, dopóki to, co będzie nie zaistnieje?
Zaczęło się zatem w tak banalny sposób, że konsekwencje czynów, co oczywiste, występują po owych czynach właśnie. Na nic mniemania, na nic kalkulacje, zawsze dzieje się coś jeszcze, czego nie przewidzieli.
I tym właśnie pogrzebali swoją szansę na zwycięstwo. Tym zaprzepaścili możliwość uniknięcia porażki. Przegrali, bo nie sądzili, że mogą nie wygrać.
Największa szansa ludzkości okazała się największą zgubą. Kojarzy pani o co chodzi, prawda? O tę nieograniczoną możliwość dostępu do ograniczonych przecież zasobów. Odkąd koszty transportu zniknęły, zniknęła także obawa, że czegoś może zabraknąć. Zdawać by się mogło, że nikt nie da się złapać w taką pułapkę, a tu, o proszę!
Ekonomia przecież ostrzegała. Celna intuicja zagrzebana pod wykresami i obliczeniami. A mówiła coś na pozór oczywistego. Kto jednak zwraca uwagę na oczywistości, gdy życie dostarcza czegoś więcej?
I zaczęła się prosta droga w dół. Oczywiste zaprzepaszczenie. Katastrofa. Gdy zaczęło brakować wody, gdy zaczęło brakować światła, gdy zaczęło brakować powietrza, było już za późno, aby zrobić cokolwiek. Gospodarka nie zapewniała już dostępu, bo nie było już zasobów. Jedyne co ludziom teraz zostało, to powolne czekanie na nieuchronne. Na konieczne. Na oczywiste.
Pierwszymi ofiarami okazali się niewinni. Ci, których nie stać było na nic poza własnym życiem. Oni odeszli spokojnie. Cicho. Kto słyszałby krzyk tych, którzy nie mają siły krzyczeć?
Następnymi byli Ci, którzy mieli wątpliwości. Zatroskani. Pewni jedynie tego, że pewni nie są niczego. Walka ich pełna była sprzeczności. Za zdecydowanym ruchem następowało wycofanie. Za dobrą decyzją, spóźniona decyzja. Ich koniec bolał najmocniej. Umierali w wątpliwościach i nigdy ze spokojnym sumieniem. Sądzili, że sami przygotowali sobie taki koniec.
Ostatnimi byli bezwzględni. Dumnie sądzili, że pewność ich ocali. Że jeśli ktoś ma przeżyć, to tylko Ci właśnie, którzy życia trzymają się najmocniej, odpychając innych od niego. Ale kolej przyszła i na nich. Ich zawodzenia nie słyszał nikt prócz nich samych.
I byli skończeni tak jak Ziemia, którą mieli objąć we władanie.
Czy ktoś pozostał, pani pyta? Nieliczni, ale nie byli już ludźmi. Porzucili własną naturę, by ocalić siebie.
I tak kończy się epopeja losów dumnej rasy. Tak kończy się historia gatunku, który sam siebie zgładził. Tak kończy się niepozorne pragnienie przewidywania przyszłości bez umiejętności zrozumienia konsekwencji.
Ale proszę się nie martwić. Takich opowieści było już wiele. Te losy się powtarzają. Wciąż i wciąż jak przerażająca konieczność.
To nie jest jednak konieczne. To nie jest pewne. To nie jest jedyna droga.
Tylko że ludzie inną drogą nie chcą kroczyć. Nie wybierają innej ścieżki. Są przekonani, że jej po prostu nie ma. Samosprawdzająca się przepowiednia, w którą wciąż wierzą miliony na innych planetach, w innych galaktykach, w innych wszechświatach.
Pragnęłabym ich ostrzec. Przecież czynię co w mojej mocy. Rozmawiam z panią. Kto pani posłucha? Kto mnie posłucha? Powiedzą, że to jedynie prognoza, że jedynie przewidywanie mglistej, przecież, rzeczywistości. I znów pójdą drogą, która zatoczy koło. I znów wszystko powróci. A ja ostrzegać będę kolejny raz i kolejny.
I nikt mnie nie posłucha.
Proszę pani?
Komentarze
Prześlij komentarz